Za­przątać sobie tym
Kategorie

Za­przątać sobie tym

Za­przątać sobie tym głowę? Powodowany gniewem zro­dzonym z szacunku dla sprawiedliwości, z idealizmu, który niczego nie pożąda, Mallard pomyślał z wściekło­ścią: Jaki ma sens ta nieprzeparta tęsknota do posiada­nia rzeczy? On jest na to za mądry, zawsze był na to za mądry, dowiódł tego przed trzema tygodniami. Ta­jemnicą życia jest samo życie. Nie ma szczęścia, jest tylko ciągłość. Uśmiechnął się posępnie. Morris nie przy­znałby mu racji. Morris kocha rzeczy materialne: piwo, zegarki, ubrania; marzy o samochodzie, ilekroć idzie ulicą, co sto jardów pragnie innej dziewczyny. Morris będzie się musiał strzec. Świat dobrze obsługuje ludzi chorych na chorobę pożądania rzeczy. Ta ulica była tego dowodem. Aparaty fotograficzne, odzież, biżuteria, książ­ki, podróże, samochody. Nie może służyć ideałom ktoś, komu ból szarpiący wnętrzności nakazuje kupować, wy­dawać pieniądze, bo to jedno łagodzi symptomy cho­roby. Co robić? Aparaty fotograficzne, lśniące wnętrza salo­nów wystawowych, absurdalność mody, koronkowa bie­lizna, najnowsza pornografia, bezużyteczne rozkosze pod­niebienia; wszyscy na Sąuare Street wiedzieli, co robić, czego pragnąć; przyszłość rozpościerała się przed nimi na kształt nie kończącego się kalendarza zakupów. Ale Mallard myślał o wyścigu czasu i wiedział, że czas działa przeciwko niemu. Policjanci idą wcześnie na emeryturę. Otrzymują koncesję na wyszynk alkoholu albo zostają detektywami sklepowymi, albo chodzą na ryby, albo siedzą w domu i piszą pamiętniki. Mallard nie miał się do czego śpieszyć. Nie chciał iść na emeryturę. Na eme­ryturze nic go nie czekało. Jakoś do tego przywyknę, coś wymyślę, powiedział sobie. Ale co robić? Jego dzień wolny od zajęć. Chociaż spędził część tego dnia w sądzie, na co inni policjanci patrzyli niechętnym okiem, wska­zówki zegara wskazywały dopiero kilka minut po dwu­nastej. W restauracji „Royal\" zjadł bez przyjemności kotlet barani, rozmawiał z pewnym adwokatem. W „Royal\" pożywiali się i pili wyżsi rangą bojownicy walczący w szrankach sprawiedliwości. Mallard nie lubił tego adwokata, który miał swoje osobiste urazy, traktował wymiar sprawiedliwości jak swoją prywatną domenę, ale godzina minęła niepostrzeżenie, Mallard z zaintere­sowaniem sondował swojego rozmówcę, zbierał strzępki informacji, zapamiętywał poglądy. Potem, wciąż nie chcąc się rozstać z codzienną atmosferą walki, wrócił do gmachu Komendy Policji i przyglądał się turniejowi bilardowemu. Usiadł blisko drzwi na wybitej skórą ławce, między posterunkowymi i sierżantami. Było tu kilku ludzi z jego sekcji i Mallard wiedział, że jest w ich oczach głupcem, który nie potrafi wykorzystać czasu wolnego od zajęć; na pewno niejeden z nich robił na jego temat dowcipy: jaką też żonę musi mieć ten Mal­lard, skoro tak niechętnie wraca do domu... Ale teraz ci, którzy obracali się w zadymionej ciszy, w skupieniu podkreślanym stukiem białych kul na jasno oświetlo­nym stole bilardowym, i którzy poznawali go i wie­dzieli, że ma dzisiaj dzień wolny od służby — ci kiwali mu głowami albo uśmiechali się do niego z przymusem, albo spuszczali wzrok. Turniej skończył się, mężczyźni zaczęli wstawać, śmieli się, rozchodzili, rozmawiali, wracali na służbę, więc on też musi odejść, stawić czoło reszcie dnia. Na­gle przyszedł mu do głowy pewien pomysł. Odwiedzi Olive. Nieważne, jeżeli jej nie zastanie; jazda autobu­sem na przedmieście zajmie mu trochę czasu. A w auto­busie będzie grał w swoją grę, będzie wyglądał przez okno i liczył wykroczenia przeciwko prawu, które za­uważy w ciągu tej jednej jazdy. Bawiła go ta gra; re­kord wynosił siedemnaście w ciągu czterdziestu minut. Naturalnie większość to przestępstwa drogowe. Olive o coś go prosiła. Aha, o mapę. W jego prawie

Poprzedni - Na cztery lata.
Następny - Pustym pokoju biurowym

Strony pokrewne